zagięcie
  1. logo Inaczej mówiąc
  2. pobierz książkę w pliku pdf (5mb)
Bartosz Zielski

Być gdzie indziej

– Jestem "najbardziej poszkodowanym" graczem na boisku, jak ostatnio powiedział o mnie konferansjer, przedstawiając skład naszej drużyny – śmieje się Bartosz Zielski, kapitan reprezentacji Polski w rugby na wózkach

Bartosz właśnie wrócił z tygodniowego zgrupowania w Radomiu – codziennie dwa intensywne treningi, trzygodzinny i pięciogodzinny, prócz tego rozmowy o taktyce, wideoanalizy meczów, spotkania z psychologiem. – Jesteśmy dobrzy technicznie, ale brakuje nam jeszcze umiejętności wygrywania. Czasem świetnie nam idzie, nagle coś zaczyna się psuć i – jak domino – wszystko się sypie – tłumaczy. W październiku pojechali na Mistrzostwa Europy do Szwajcarii. – Zaczęliśmy odnosić spore sukcesy, mamy szansę zakwalifikować się na Paraolimpiadę w Londynie. Zajmujemy teraz czwarte miejsce wśród drużyn europejskich, a na zeszłorocznych Mistrzostwach Świata w Vancouver pokonaliśmy wicemistrzów: Nową Zelandię – opowiada. I dodaje: – Chciałbym, żeby sportowcy niepełnosprawni zaczęli być traktowani jak profesjonaliści, a nie jak osoby, które się tylko rehabilitują.

Niskopunktowiec

Wózek, na którym porusza się po boisku, ma nachylone pod kątem, obudowane koła i duży zderzak. Zadaniem Bartka jest przeszkadzanie przeciwnikom w zdobywaniu punktów – musi uniemożliwić zawodnikowi atakującej drużyny przeniesienie piłki z jednej połowy boiska na drugą i przekroczenie z nią linii bramkowej w ciągu 40 sekund. Gra jest dynamiczna, szybka, kontaktowa. Ma w sobie coś z koszykówki na wózkach, futbolu amerykańskiego, hokeja na lodzie, a nawet siatkówki – bo w obu sportach używa się takiej samej piłki. – W drużynie jest czterech zawodników. Każdy ma przypisane punkty kwalifikacyjne uzależnione od stopnia swojej niepełnosprawności – od 0,5 do 3,5 – wyjaśnia Bartek, który na co dzień gra w Four Kings Warszawa. – Im większe możliwości fizyczne, tym ma się więcej punktów. Ale suma punktów znajdujących się na boisku zawodników nie może przekraczać ośmiu. Dlatego tetraplegicy, czyli osoby z paraliżem czterokończynowym, nie zostali wyparci przez silniejszych i sprawniejszych wózkowiczów – tłumaczy. Sam jest "półpunktowcem", gra w obronie. Mówi: – Powiedzieć, że rugby sprawia mi przyjemność, to za mało. Kiedy 14 lat temu zacząłem trenować, było dla mnie wszystkim – wyrwało mnie z domu, dało poczucie, że wreszcie robię coś ważnego, że jestem częścią drużyny, że walczę.

Dużo nowych słów

Jest połowa lipca. Bartek ma 15 lat i spędza wakacje na działce nad Świdrem. Wiele razy skakał już na główkę do rzeki, ale tym razem jest inaczej. Uderza głową w dno. Czuje, że coś obija mu się o twarz. Otwiera oczy i widzi, że to jego własne ręce, zupełnie bezwładne. Wynurza część twarzy, nos ma pod wodą. Chce krzyczeć, ale nie może. Zaczyna walczyć o powietrze, opija się wody. Traci przytomność, ktoś wyciąga go na brzeg, robi się zbiegowisko. Pamięta pojedyncze obrazy – jedzie karetką, radiolog robi prześwietlenie, lekarz wbija igłę w kręgosłup. Budzi się w konstancińskim szpitalu, poranne słońce przebija się przez gałęzie sosen. Przypomina sobie, jak w wakacje z dziadkiem wstawali o 5 rano, żeby o 6 być już na targu w Otwocku. Ciągle wierzy, że jeszcze kiedyś będzie tak jak dawniej. Miał już przecież złamane ręce, wystarczyły trzy tygodnie w gipsie i po krzyku. Zresztą niedługo jedzie na swoją pierwszą harcerską kwaterkę, będą przygotowywać miejsce na obóz dla całej drużyny. – Na kwaterkę nie pojechałem, więc czekałem na początek roku szkolnego. Byłem pewien, że to mnie nie ominie. Ale 1 września nic się nie wydarzyło! I nikt ze mną nie chciał o tym rozmawiać – mówi Bartek. Poznaje za to dużo nowych słów, np. "perystaltyka". A konkretnie "zaburzona perystaltyka", która sprawia, że dostaje do jedzenia tylko kaszki i kleiki. Na początku może ruszać jedynie barkami, potem palcami, nogą. Jest szczęśliwy, że wreszcie widać zmiany. Lekarz w jego obecności mówi do mamy: "Zamiast ładować pieniądze w rehabilitację, niech mu pani kupi komputer".

Dotrzymać kroku

W sanatorium poznaje dwa lata starszego od siebie Jacka, też tetraplegika. Mieszkają w jednym pokoju. – To mój pierwszy niepełnosprawny znajomy. Pomógł mi zmodernizować wózek i przystosować go do aktywnej jazdy. Stał się moim guru, wzorem do naśladowania, autorytetem – mówi Bartek. Wtedy nie umiał sam przesiadać się z wózka, co powodowało, że o godzinie 21 musiał być w łóżku, bo noszowi, którzy mu w tym pomagali, szli do domów. Omijało go więc całe sanatoryjne życie towarzyskie, które zaczynało się wieczorem. – Tam było dużo młodych ludzi, słyszałem tylko ich głosy zza ściany. Raz się ukryłem, żeby móc z nimi pobyć i potem musiałem całą noc przesiedzieć na wózku. A jeszcze do tego poznałem dziewczynę, pielęgniarkę. Po prostu musiałem się nauczyć przesiadać z wózka na łóżko – śmieje się Bartek. Udało się raz, drugi, znalazł sposób, uwierzył w swoje siły. Potem były następne wyzwania – samodzielnie się ubrać, pojechać gdzieś dalej, dotrzymać kroku innym. – To Jacek ściągnął mnie na trening rugby. Fundacja Aktywnej Rehabilitacji zakładała właśnie pierwszą w Polsce drużynę. Tak się wkręciłem, że chciałem zrezygnować ze zdawania matury, bo w tym samym czasie mieliśmy jechać na mistrzostwa Europy. Na szczęście terminy się zmieniły – wspomina Bartek. – Dzięki sportowi poszerzyły mi się horyzonty. Stałem się sprawniejszy fizycznie, silniejszy psychicznie, zacząłem poznawać nowych ludzi, wyjeżdżać za granicę. Wreszcie znalazłem motywację do nauki angielskiego – mówi. Kiedy w kieszeni miał już inżynierski dyplom z wyróżnieniem (specjalność: zarządzanie informacją), przypomniał sobie, jak jego nauczycielka z podstawówki powtarzała: "Bartku, ambitną osobą to ty nie jesteś".

Inwestycja w siebie

Teraz może wszędzie dojechać – zrobił prawo jazdy, ma samochód. Ale pamięta czasy, gdy chcąc się dostać do pracy, czekał na przystanku tak długo, aż znalazł dwóch silnych mężczyzn, którzy zgodzili się wnieść go do autobusu. Pamięta też, jak wypadł z "niskopodłogowca", bo osoba, którą poprosił o asekurację, nie zrozumiała, o co chodzi. – Poleciałem do tyłu, a to samo centrum, wokół tłum, ja leżę jak długi na chodniku, jeszcze mi się chyba spodnie zsunęły. Prawdziwa tragedia, choć jak o tym teraz myślę, to chce mi się śmiać – mówi. – Zdarzało się też, że ludzie mnie otwarcie ignorowali. Stereotyp jest taki, że niepełnosprawni zawsze potrzebują wsparcia, szczególnie finansowego. Więc pewnie myśleli, że jak nawiążemy kontakt wzrokowy czy słowny, zaczną się prawdziwe kłopoty. I ja się temu nie dziwię, człowiek z natury ma słabość do unikania problemów i generalizowania. Sam czasem zbyt pochopnie kogoś oceniam, bo tak jest wygodniej – przyznaje Bartek.

Pracuje teraz w dziale IT dużej firmy. Do Piaseczna codziennie dojeżdża aż spod Wyszkowa. Te 80 km w jedną stronę, czyli 2–3 godziny spędzone w samochodzie rano i tyle samo wieczorem, traktuje jako inwestycję w siebie. Bo ma szanse rozwoju i robi to, co lubi. I do tego tę posadę znalazł sam, na otwartym rynku pracy, dzięki zwykłemu ogłoszeniu w gazecie.

Na haczyku

Niedawno był z żoną w Paryżu, teraz wybierają się na weekend do Budapesztu. Jak się poznali? – Przez internet – uśmiecha się Bartek. – To znaczy ona szukała kogoś, kto zrobi stronę WWW i trafiła właśnie na mnie – tłumaczy. Kontakt czysto zawodowy. Ze zlecenia nic nie wyszło, ale od ośmiu lat są małżeństwem. Z trójką dzieci mieszkają na wsi. – Lubię brak pośpiechu i prowincjonalną atmosferę tego miejsca, ale podoba mi się też zgiełk dużego miasta i jego anonimowość. A świadomość, że mogę wsiąść w samochód i po kilku godzinach być zupełnie gdzie indziej, daje mi poczucie wolności – mówi Bartek. I opowiada o rodzinnej wyprawie na Litwę – pierwszy raz całą piątką pojechali pod namioty. Kłajpeda, Druskienniki, "jabłkowa wyspa" w Łabonarskim Parku Regionalnym. Góra dwie noce w jednym miejscu.

Niedawno odkryli z żoną jeszcze jedno, prócz podróży, wspólne hobby – łowienie ryb. Kupili sobie po wędce, wyszykowali skrzynkę z akcesoriami i w weekendy nawet cały dzień potrafią spędzić nad wodą. – Ostatnio dwie wędki zarzuciłem – jedną na grunt, drugą na spławik, żona tylko na spławik. Rozłożyła leżaczek, włączyła komputer, zaczęła czytać książkę, odpłynęła. Ja wyciągam, zarzucam, zmieniam przynętę, kombinuję, nawet raz jej się wplątałem w żyłkę. No i jak się wyplątywaliśmy, to zobaczyła, że ma na haczyku pięknego karpika – śmieje się Bartek.

wywiad | do góry | porada