zagięcie
  1. logo Inaczej mówiąc
  2. pobierz książkę w pliku pdf (5mb)
Małgorzata Pacholec

Mały kontrakcik

Małgorzata Pacholec jest dyrektorką Polskiego Związku Niewidomych, absolwentką nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim oraz tyflopedagogiki w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej. Jest członkinią Społecznej Rady ds. Osób Niepełnosprawnych m.st. Warszawy. Była nauczycielką w szkołach podstawowych, wykładała w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Bydgoszczy i Poznaniu.

Ola Rzążewska: Jakie są stereotypy na temat osób niewidomych?

Małgorzata Pacholec: Na szkoleniach dla osób widzących proszę uczestników, by wypisali swoje skojarzenia związane z osobami niewidomymi. Bez cenzurowania się i wstydu. Potem wymieniamy się między sobą kartkami i oceniamy, czy skojarzenia mają emocjonalny ładunek dodatni, ujemny, czy może wydają się obojętne. Ważne jest to, że różne osoby inaczej je odbierają. W jednych biała laska wywołuje okropne emocje. Jak widzą niewidomego z białą laską, to im się "flaki prują". Drudzy mówią, że to dla nich zupełnie obojętne skojarzenie, a jeszcze inni – że pozytywne, bo przywodzi na myśl kogoś, kto nie widzi, a sam sobie radzi. Potem zliczamy, ile kto ma na kartce skojarzeń dodatnich, a ile ujemnych. W ciemno mogę powiedzieć, że trzy czwarte będzie negatywnych.

To z czym kojarzy się brak wzroku?

Z nieszczęściem, z biedą, z tym, że już nic gorszego nie może człowieka w życiu spotkać. Do tego dochodzi samotność, bezradność i izolacja, utrata możliwości i gorsze życie. Z drugiej strony są też pozytywne skojarzenia – np. wspaniały słuch, co też nie jest prawdą. My, niewidomi, nie mamy wszyscy lepszego słuchu, jest to u nas tak samo indywidualnie zróżnicowane, jak u widzących. Są też schorzenia, np. rzadki genetyczny zespół Uschera, w których utrata wzroku wiąże się z utratą słuchu.

Kto bierze udział w prowadzonych przez panią zajęciach?

Pracuję z bardzo różnymi grupami. Czasem ze studentami pedagogiki i nauczycielami, ale też z samorządowcami, policjantami czy strażnikami miejskimi.

A ile jest prawdy w tych skojarzeniach?

Czasem mniej, czasem więcej. Na pewno wśród niewidomych można znaleźć osoby, które są bardzo ubogie. Nawet wykształcony człowiek, jeśli traci wzrok, przeważnie traci też pracę, a więc i dochody. Jak przechodzi na niską rentę i zamyka się w domu, traci również znajomych. Zdarza się, że rodzina tego nie rozumie, a on, w poczuciu nieszczęścia, robi się trudny dla otoczenia. Czasem ludzie spotkani na ulicy mówią mi: "Wie pani, kiedyś chciałam pomóc niewidomemu, ale był taki niemiły!". Bo część osób jest skoncentrowana na sobie, ma poczucie wielkiej krzywdy. Żyją w przekonaniu, że wszyscy mają lepiej niż oni, że wszędzie są te dziury, doły, że świat nie jest skonstruowany dla niewidomych. Ale każda generalizacja na pewno jest krzywdząca.

Słyszałam taką opinię, że niewidomi są roszczeniowi.

Bywają. Mechanizm roszczeniowości polega na tym, że chcemy swoją niepełnosprawnością wywołać litość. Nie współczucie, ale litość, bo to ona pozwoli nam potem odcinać kupony. Na jednym z warsztatów dla osób niewidomych, widząca psycholożka zapytała uczestników, jakie korzyści czerpią ze swojego niewidzenia? Boże, jakie było oburzenie, że można tak w ogóle pomyśleć! Grupa natychmiast na nią napadła. Nawet kiedy ja, osoba niewidoma, zadaję takie pytanie na warsztatach, czuję, jak większość się napina. Rośnie w grupie złość, bo oto ktoś próbuje naruszyć pewną tajemnicę.

Co pani wtedy robi?

Mówię: "A ja mam profity i o nich opowiem". I opowiadam, że codziennie, jak wsiadam do metra na Kabatach, to zaraz mam miejsce siedzące, a przecież tak naprawdę mogłabym stać. A jeśli to ja komuś ustąpię, cały wagon mnie podziwia, bo jestem wspaniała i wszyscy to widzą. Czy to nie jest profit? A to, że jestem w małżeństwie dwadzieścia kilka lat i nigdy nie umyłam okna? Moja starsza mama czasem przyjeżdża pod moją nieobecność i pomaga mi w porządkach. Czy to nie jest profit? Ja jej nie wyleczę z tego pomagania niewidomej córce, ale to na pewno jest dla mnie jakaś korzyść.

Jak przełamać tę barierę, która jest między widzącymi a niewidomymi?

Mogą wiele zrobić w tej sprawie sami niewidomi. Nikt tak nie zrozumie głodnego, jak drugi głodny. Nam łatwiej jest mówić innym niewidomym o trudnych sprawach w taki sposób, by nie zaszczepiać w nich roszczeniowości, ale poczucie, że można sobie w życiu poradzić. Gdy widzący próbuje rozmawiać z osobą, która po stracie wzroku chce odebrać sobie życie, usłyszy: "Co pan może o tym wiedzieć?". Ale jak wsparcia udziela ktoś, kto sam też nie widzi, a sobie jakoś radzi, to jest najlepszy dowód na to, że można normalnie funkcjonować. To jest inne życie, ale też może być fajne.

A co z działaniami na większą skalę?

Wielkie zadanie mają media, które mogą pokazywać niepełnosprawnych nie na zasadzie sensacji czy ciekawostki, ale w normalny sposób. Sami nakręciliśmy rysunkowy filmik "N jak niewidomy", można go znaleźć m.in. na YouTube. Dzieci oglądają go z rozdziawionymi buziami, podoba się także dorosłym. Mamy mnóstwo zamówień ze szkół, które chcą go wykorzystać na zajęciach.

Co jeszcze można zrobić, żeby widzący przestali niewidomych postrzegać w taki uproszczony sposób?

Chodzę z białą laską od 12 lat i nie jestem w tym mistrzem świata, ale za punkt honoru postawiłam sobie, by nie jeździć do pracy służbowym samochodem. Wtedy czułabym się zniewolona i ubezwłasnowolniona. Jadę metrem, tramwajem, znam tę trasę. Nawet jeśli nie spotkam nikogo na ulicy, spokojnie dotrę na miejsce. Najczęściej jest jednak tak, że kogoś spotykam. Ludzie mówią: "Dzień dobry, tak dawno pani nie widziałam". Dziś poznałam świetną kobietę, pedagoga z ośrodka dla dzieci upośledzonych na Mokotowie i superfaceta, młodego, w słuchawkach na uszach. Chwilę z nimi pogadałam i o to właśnie chodzi. Bo to my, niewidomi, możemy "wychowywać" pełnosprawnych w bezpośrednim kontakcie. Temu chłopakowi życzyłam pięknie miłego dnia, czułam, że się uśmiechnął, więc też się uśmiechnęłam. Wiem, że jak znów mnie zobaczy, to na pewno podejdzie, bo mam mnóstwo takich doświadczeń.

Czyli indywidualny kontakt najskuteczniej przełamuje to dzielące ludzi poczucie inności i obcości?

Oczywiście, tylko to. Mam tzw. oprowadzaczy, prawie etatowych. Jak mnie spotka pan Jarek, germanista, który wysiada na stacji metra Świętokrzyska, to zawsze mnie odwozi na plac Bankowy, wsadza w tramwaj i wraca na swoją stację. Wiem, że on myśli o niewidomych przez pryzmat spotkania ze mną.

Widzący mają często jeszcze jedną wątpliwość. Czy niewidomy potrzebuje ich pomocy?

W "Mieście ślepców" nagle wszyscy tracą wzrok – widziałam ten film na pokazie prasowym, więc podeszli do mnie dziennikarze z pytaniem o wrażenia. Powiedziałam: "Panie Boże, dzięki ci, że jestem niewidoma, a widzących tak dużo". Widzący są nam niezwykle potrzebni do wszystkiego. Bez widzących nie damy sobie rady. Wyjmę listy ze skrzynki i co dalej? Na poczcie, żeby odebrać przesyłkę, ktoś musi dla mnie pobrać numerek z automatu i powiedzieć, kiedy jest moja kolejka. Ja nie umiałabym żyć bez ludzi widzących. Chodzi jednak o to, byśmy się dobrze ze sobą czuli. Na przykład jak zapraszam gości, daję im przestrzeń, wolną rękę. U mnie jest taka zasada: "chcesz herbatę, idź do kuchni i sobie zrób". Ja się wtedy czuję swobodnie i inni też. Moja przyjaciółka psycholożka mówi: "Gośka, przecież ja nie pamiętam, że ty nie widzisz".

Ale cały czas nie wiem, gdzie jest ta granica. Kiedy osoba niewidoma potrzebuje mojej pomocy, a kiedy nie?

Ktoś mnie dziś tak ładnie zapytał: "Czy pani potrzebuje pomocy?".

To jest dobre pytanie?

Bardzo dobre. Ten ktoś biegł do metra i się na chwilę zatrzymał koło mnie, odpowiedziałam, że dam sobie radę, więc pobiegł dalej. To jest cudowne pytanie. Czasem odpowiedź brzmi: "Nie, dziękuję", a czasem: "Proszę mnie tu tylko kawałek podprowadzić". Ludzie uwielbiają pomagać, bo lubią czuć, że zrobili coś dobrego i podbudować swoje ego.

Ludzie trochę się boją, że jak zaproponują pomoc, niewidomy poprosi o coś, na co potrzeba dużo czasu.

Jestem zwolenniczką asertywnych zachowań. Powiedzmy: "Mogę panią odprowadzić tylko do piekarni, tylko na przystanek, tylko mały kawałek". Zawierajmy mały kontrakcik. Wtedy niewidomy nie jest obciążeniem, a tylko towarzyszem krótkiej rozmowy. Trzeba mówić bardzo jasno: "Mogę tylko tyle, mam niewiele czasu, ale chętnie pomogę".

Widzących krępuje to, że nie wiedzą, jak mają prowadzić taką osobę. Rozumiem, że trzeba o to zapytać?

Tak będzie najlepiej. Jak ktoś się przyzna, że to jego pierwszy raz, dowie się, że trzeba podać niewidomemu ramię, on złapie go za łokieć i będzie szedł pół kroku za nim. Czasem, jak z kimś ruszam, czuję, jak strasznie mu się trzęsie łokieć, jak jest zdenerwowany i spięty tą sytuacją. Ale jak przejdziemy kawałek, czuję, że to napięcie się zmniejsza.

A jak jest z ustępowaniem miejsca w autobusie?

Z całą pewnością niewidomy jest bezpieczniejszy, gdy siedzi. Gdy stoję, to szarpnięcie może mnie pozbawić kontaktu z uchwytem i upadnę. Widzący może jeszcze po drodze złapać się czegoś innego, ja nie będę miała takiej szansy. Więc proszę nam ustępować, jeśli możecie.

Niektórzy boją się proponować pomoc, bo to może zostać źle odebrane.

Ale jednak postanawiają spróbować i bardzo dobrze. W zeszłym roku, tuż przed sylwestrem, wracałam z przyjaciółką z teatru. Ona wysiadła na stacji Politechnika, ja na Kabatach. Choć na chodnikach był lód i śnieg, miałam buty na szpilkach. Umówiłam się z synem, że jak do niego zadzwonię, to po mnie wyjdzie. Niestety, nie odebrał telefonu. Ale na peronie podeszło do mnie dwóch chłopaków. Trochę czuć było od nich alkohol, a ja mam taką zasadę, że nie korzystam z pomocy osób nietrzeźwych. Nalegali, więc poprosiłam, by mnie podprowadzili do schodów. Oni na to: "Oczywiście, ale gdzie pani mieszka? My panią odprowadzimy pod dom". Ruszamy, gadamy o wszystkim, jest dość miło, stajemy w końcu pod moją klatką. Mówię, że mam na imię Małgosia, że życzę im wszystkiego, co najlepsze na ten Nowy Rok. Oni też się przedstawiają. Zażartowałam, że muszą wiedzieć, że jak się pomaga niewidomemu, to się ma jedną czwartą grzechów odpuszczonych. Oni na to, że to super, bo tak w ogóle to są blokersami. Odpowiedziałam od razu: "Dla mnie najfantastyczniejszymi facetami, jakich dzisiaj spotkałam". Opowiedziałam kiedyś tę historię w kontekście stereotypów, na wykładzie na temat godności organizowanym przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Po wykładzie podeszła do mnie jedna ze słuchaczek i mówi: "Spłakałam się po tej opowieści i obiecałam sobie, że już nigdy w życiu nikogo nie zaszufladkuję".

reportaż | do góry | porada