zagięcie
  1. logo Inaczej mówiąc
  2. pobierz książkę w pliku pdf (5mb)
Monika Cieniewska

Trudny hałas miasta

Gdy do Fokusa podchodzą na ulicy ludzie i mówią: "Jaki śliczny piesek i jaki mądry!", to Monika Cieniewska, jego właścicielka, uśmiecha się i mówi: "Jego pani też!"

Fokus patrzy na Monikę zakochanym wzrokiem. Jest uważny, bo nie chce przegapić znaku, że będzie jej potrzebny.

– Jesteś strasznym żarłokiem – czule mówi Monika. Zabiera ze sobą do pracy sałatkę z jabłka i marchewki. Właśnie dla niego. Znajomi żartują: "Monika, czy ty wiesz, że psy karmi się mięsem, a nie warzywami? Ale Fokus lubi wszystko, co dostanie od swojej pani, a musi dbać o dietę.

Warszawa Zachodnia

Piętnaście lat temu Monika jest na drugim roku dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim.

Tego popołudnia przejeżdża swoim samochodem koło dworca. Uderza w nią auto, drzwi samochodu wbijają się jej w tył głowy – lekarze stwierdzą potem złamanie podstawy czaszki w dwóch miejscach. Ale jeszcze nim to nastąpi, Monika wychodzi z auta o własnych siłach. Taksówkarz, który widzi to zdarzenie, dzwoni po karetkę, ona podaje swój adres zamieszkania. I potem już nie pamięta nic. Wie z relacji rodziców, że trzy miesiące leżała na oddziale intensywnej terapii i lekarze nie wierzyli, że przeżyje. Gdy się budzi, nikt nie wie, dlaczego nie widzi. Spędza kolejne miesiące na neurochirurgii. Przyjaciółka, która ją odwiedza, mówi, że inni pacjenci dostają lekarstwa tak normalnie, w kieliszku, a Monika w szklance. Bo jest ich ponad 30 dziennie.

Kiedy powoli wraca do życia, nie myśli o samodzielnym poruszaniu się – na uczelnię jeździ z mamą, która zawsze czeka na nią pod salą wykładową. Z czasem tak wtopi się w towarzystwo, że koleżanki córki z roku będą mówiły: "Jadzia, chodź na papierosa" albo "Jadzia, daj jakiś długopis". To one nagrywają Monice książki na dyktafon. Na jednym z nich trzyma też wykłady, na drugim ich streszczenia. Jest uparta – w cztery lata kończy z wyróżnieniem pięcioletnie studia. Przekonuje się, że może być traktowana zwyczajnie, a nie jak osoba niepełnosprawna.

Ale zanim odbierze dyplom, jest pewien wtorek, Monika je z tatą śniadanie. On wychodzi do pracy i już nie wróci do domu. W południe osuwa się na schodach i mimo reanimacji umiera na atak serca. Monika traci kogoś, kto zawsze ją rozumiał i wspierał.

To jest ten moment, w którym czuje, że nadchodzi jakaś zmiana.

Krótkie odcinki

– Chodzenie z białą laską było koszmarem. Nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek poczuję się bezpiecznie na ulicy – wspomina.

Z laską porusza się więc tylko na krótkich dystansach i niedaleko domu. Idzie do fryzjera, do kosmetyczki. A i tak wciąż jest w niej napięcie. Zaczyna myśleć o psie, ale by go dostać, trzeba spełniać wiele warunków, m.in. dobrze chodzić z laską.

Myśli, by jeszcze raz spróbować się zmierzyć z orientacją przestrzenną. Dostaje świetną instruktorkę Asię i zaczyna ćwiczyć.

Jedzie z mamą i siostrą do Piły, do pana Jurka, który szkoli psy przewodniki. Biorą na spacer trzy czy cztery labradory. I z nich wszystkich tylko Fokus idzie cały czas przy Monice.

Zaczyna się więc szkolenie psa, które trwa osiem miesięcy po osiem godzin dziennie, choć Fokus już wcześniej przeszedł dwuletni trening podstawowy.

Potem Monika przyjeżdża do Fokusa na dwa tygodnie. – To była taka intensywna instrukcja obsługi psa – śmieje się. I dodaje: – Mieszkałyśmy z mamą w wynajętej kawalerce, Fokus oczywiście z nami. Gdy w nocy szłam do łazienki, wstawał i szedł ze mną; gdy szła mama, spał spokojnie.

Pies asertywny

Kiedy Monika leci z Fokusem samolotem, ten – zgodnie z unijną dyrektywą z zeszłego roku – podróżuje z nią w kabinie, a nie, jak to musiałoby być wcześniej, w luku bagażowym. Po jednym z lotów, tuż po lądowaniu, z kokpitu wychodzi kapitan, by powiedzieć, że nie wiedział, że pies w samolocie może być taki grzeczny.

Bo trzeba sobie powiedzieć, że Fokus potrafi się zachować w każdej sytuacji. Gdy słyszy komendę: "prowadź, furtka", poznaje dom po zapachu i bezbłędnie prowadzi tam Monikę. W aptece i sklepie po słowach: "prowadź, stanowisko", podchodzi na początek kolejki. Zatrzymuje się przed każdą przeszkodą, każdą ulicą i czeka na decyzję Moniki, dokąd teraz pójdą. To ona mówi: "w prawo, w lewo, naprzód", a Fokus się do tego stosuje. Na komendę: "prowadź do drzwi", pyskiem pokazuje jej klamkę. Gdy słyszy: "prowadź, ławka", idzie do pierwszej wolnej i kładzie mordkę w miejscu, gdzie Monika może usiąść. Wie też, że na komendę: "prowadź, przystanek" trzeba iść do najbliższego przystanku, a gdy jego pani mówi: "prowadź drzwi", to chodzi jej o to, by wsiedli do autobusu albo tramwaju środkowym wejściem. Bo tam będzie miejsce dla wózków, także dla nich najwygodniejsze.

Fokus wie też, że aby przeprowadzić Monikę przez tłum klientów w centrum handlowym, musi być asertywny – zdecydowanie idzie slalomem, sprawnie omija ludzi.

– Kiedyś trudno mi było przełamać barierę związaną z proszeniem o pomoc. Nawet w tak banalnej sprawie, jak pytanie o numer autobusu. Odkąd pojawił się Fokus, ludzie stali się odważniejsi w inicjowaniu kontaktu. Podchodzą, zagadują, chwalą go. Łatwiej wtedy zapytać o jakąś niezbędną rzecz – tłumaczy Monika.

Widzi, że ludzie chcieliby pomóc, ale nie wiedzą, jak to zrobić. Dlatego chodzi na pogadanki do szkół. W gimnazjach pokazuje, że osoba niewidoma może być wykształcona, mieć swoje pasje i dobrze wyglądać. W podstawówkach mówi dzieciom o gadżetach elektronicznych, które ułatwiają jej życie, no i oczywiście o psie. Ma całe mnóstwo opowieści o Fokusie.

Ciągła kontrola

– Najtrudniej było mi się przyzwyczaić do audiobooków. Książka Artura Domosławskiego o Kapuścińskim trwa w wersji audio 18 godzin, to szalenie długo – podkreśla Monika.

Zwłaszcza że niewidomym zrobienie czegokolwiek zajmuje o połowę więcej czasu niż widzącym. – Podam przykłady pierwsze z brzegu – przeczytanie strony WWW, posprzątanie mieszkania. Bo przecież muszę dotknąć każdej powierzchni, skoro nie wiem, czy jest na niej kurz, czy nie. Ubrania mam posegregowane – od lewej jasne, od prawej ciemne. Podstawowa zasada – wszystko muszę odkładać na swoje miejsce, a domownicy nie mogą nic przekładać. Inaczej się pogubię – tłumaczy.

Pralkę kupiła taką z pokrętłem, a nie całkiem elektroniczną. Dzięki temu wie, że gdy je przekręci w lewą stronę – raz, dwa – ma program prania bawełny w 40 stopniach, a gdy w przeciwną – raz, dwa, trzy – może wyprać dżinsy.

– Czego mi brakuje? – zastanawia się. – No właśnie widzenia.

Gdyby wyliczyć, czego jeszcze, byłaby to także większa samodzielność.

I intymność – bo nawet jeśli bardzo nie chce, czasem musi się podzielić czymś osobistym z drugą osobą, by sobie z tym poradzić, załatwić to. – Niewidzenie odziera z prywatności – przyznaje. – Brakuje mi, że nie widzę reakcji drugiej osoby, na przykład tego, że rozmawiając ze mną, uśmiecha się ironicznie. Naprawdę nie wszystko da się odczytać z tonu głosu. Tak trudno rozpoznać, czy ktoś jest mi przyjazny, czy się komuś podobam.

Jak dokądś idzie z kimś widzącym, to chciałaby nie pytać wciąż, co jest tutaj, a co tam. To takie męczące i trudne dla obu stron. Podobnie jak hałas miasta – wszechogarniający i trudny do wytrzymania.

– Mam takie marzenie, żeby biec, biec przed siebie nie zastanawiając się, czy po drodze nie wpadnę na kosz albo słup. Chciałabym móc pozwolić sobie na luz. Nie kontrolować każdego kroku. A dziś nie mogę sobie pozwolić na chwilę nieuwagi.

wywiad | do góry | porada