zagięcie
  1. logo Inaczej mówiąc
  2. pobierz książkę w pliku pdf (5mb)
Mariola Kosowicz

Mówię, co czuję

Mariola Kosowicz jest psycholożką kliniczną, psychoterapeutką, kieruje Zakładem Psychoonkologii w warszawskim Centrum Onkologii-Instytucie im. Marii Curie-Skłodowskiej. Poza pracą z pacjentami prowadzi wykłady z psychoonkologii dla lekarzy i pielęgniarek. Specjalizuje się też w leczeniu depresji i terapii par w kryzysie.

Ola Rzążewska: Co się z nami dzieje, że gdy widzimy kogoś po amputacji nogi albo ręki, to czujemy dyskomfort, strach albo zażenowanie?

Mariola Kosowicz: Jesteśmy przytłoczeni sytuacją, zaskoczeni i sparaliżowani, bo to dla nas nowe doświadczenie i nie wiemy, jak się zachować. To zupełnie naturalne, że odczuwamy dysonans poznawczo-emocjonalny, gdy spotykamy kogoś z tak widoczną niepełnosprawnością. Byłoby nieuczciwe oceniać źle ludzi dlatego, że nie mogą oderwać oczu od chorego dziecka na wózku. To absolutnie normalne i uzasadnione, bo jesteśmy wychowywani w kulturze ludzi zdrowych i sprawnych. Nie urodziliśmy się na wyspie, gdzie mieszkają tylko osoby niepełnosprawne – gdyby tak było, to byłby nasz świat i on by nas nie dziwił.

A my żyjemy w świecie, w którym wszyscy dbają o kondycję fizyczną i chcą dobrze wyglądać.

Panuje szalony kult ciała. I dlatego nie przyczepiałabym ludziom etykiety nieczułych i niewrażliwych tylko dlatego, że się przyglądają, dziwią, są bezradni wobec takich sytuacji. I że są zażenowani w tej swojej bezradności.

Oczywiście to, jak się zachowamy, zależy od naszego wychowania i tzw. kindersztuby. Mnie też zadziwiają ludzie niepełnosprawni, ja też spoglądam czasem na kogoś i w mojej głowie pojawia się myśl, jak bardzo ciężko musi być tej osobie albo jak pięknie sobie radzi. Ale są w tym jakieś uczucia i przemyślenia, a nie czysta ciekawość.

Tylko jak o tych uczuciach mówić?

Trzeba spróbować mówić zwyczajnie, choć na pewno z wyczuciem. Osobie bliskiej, przyjaciółce czy koleżance, która jest po amputacji, mogę powiedzieć, że ta sytuacja jest dla mnie całkiem nowa, nie wiem, jak pomóc, jak o tym rozmawiać, ale nie chcę, żeby to był temat tabu. Mogę zapytać: "Może sama mi powiesz, w jakich obszarach możemy się poruszać".

To szalenie otwarty komunikat.

Bardzo. Pamiętajmy jednak, że ludzie przeżywający kryzys są bardzo wrażliwi na formę, w jakiej się z nimi komunikujemy. Natychmiast wyczuwają, że jesteśmy speszeni, bezradni, zdenerwowani i nierzadko chronią nas przed trudnymi rozmowami. Przyjmują postawę "jest dobrze" lub "wszystko będzie dobrze". W głębi duszy zostają jednak sami ze swoim lękiem. Ludzie niepełnosprawni, szczególnie w pierwszym okresie po amputacji, wystarczająco czują się odizolowani od świata, który jeszcze przed chwilą był ich światem. Dlatego chociaż my, pomagający, nie budujmy murów.

Zaraz usłyszymy krytykę, że tak mówią tylko psycholodzy…

Właśnie umarła moja pacjentka, 28-letnia kobieta. Byłam zadziwiona, jak pięknie i mądrze rozmawiał z nią mąż – o tym, że odchodzi, że robi sobie trochę krzywdę w tym odchodzeniu, bo odmawia przyjmowania pomocy. Mówił prosto, mówił, że nie zna się na umieraniu, że pewnie to normalne, że jest bezradny. Nie zakładajmy więc, że tylko psycholodzy umieją mówić wprost. Ludziom, którzy przychodzą tu po pomoc, pokazujemy, żeby mówili bardziej otwartym tekstem, ale z wyczuciem. Można powiedzieć: "Zrozum mnie Aniu, dobrze, mogę udawać, że nic się nie stało, ale nie chcę. Jestem tak bezradna, że nie wiem, jaki temat mogę poruszyć, a czego lepiej, żebym nie dotykała. Musisz mi powiedzieć, jak możemy rozmawiać". I to nie ma nic wspólnego z tym, czy to mówi psycholog, czy fizyk. To jest prosty komunikat, który pokazuje, że ja też mam prawo być bezradna, ale nie oznacza to, że mam unikać sytuacji, które tę bezradność wzmacniają.

To chyba pokazuje też głębokie zainteresowanie?

I – co ważne – prawdziwe! Pokazujemy także, że chcemy coś zrobić z naszą bezradnością. To istotne, bo jeśli się nią nie zajmiemy, będziemy się dystansować od problemu, by uwolnić się od masy emocji, jakie w nas budzi. Jeśli się nie zdobędziemy na otwartą komunikację, to w ramach dystansowania się, zaczniemy nie mieć czasu, przestaniemy dzwonić, rozmawiać albo będziemy udawać, że wszystko jest w porządku.

Wcale nie chodzi o to, żeby wciąż mówić, że coś jest nie tak. Po prostu potrzeba dobrej oczyszczającej rozmowy, wyjaśniającej, jak my mamy funkcjonować ze sobą po takim zdarzeniu jak na przykład ciężki wypadek i w konsekwencji niepełnosprawność albo choroba onkologiczna i duże widoczne okaleczenie. Przecież to jest sytuacja, która wymaga adaptacji każdego – chorego, osób bliskich, sąsiadów, znajomych. Potrzeba czasu i otwartości na zmieniające się okoliczności.

Jakiej reakcji możemy się spodziewać po takiej próbie zapytania kogoś bliskiego, jak mamy się odnaleźć w nowej sytuacji?

Myślę, że reakcje będą bardzo indywidualne. Na pewno trzeba wziąć pod uwagę, kiedy my się chcemy skonfrontować z tą sytuacją, i nie zacząć takiej rozmowy za wcześnie. Pierwszy moment po amputacji to jest czas tylko dla pacjenta, czas kryzysu, szoku, adaptacji do sytuacji odjęcia jakiejś integralnej części ciała, która była z tym człowiekiem przez całe życie.

Też możemy wtedy powiedzieć o swojej bezradności, ale w węższym wymiarze, na przykład: "Zosiu, ja nie wiem, jak mam ci pomóc, i jeżeli ty mi nie powiesz, to nie będę wiedziała". Albo: "Mam tylko taki pomysł, tylko taką propozycję, zastanów się, czy to by ci pomogło". Bo to, że jesteśmy bezradni, nie wynika z braku wrażliwości.

Na nowo trzeba się uczyć rozmawiać?

Powiem tak – gdy prowadzimy samochód, zwracamy uwagę na to, kto przed nami jedzie, jakie daje nam sygnały, a jeśli zajeżdża nam drogę, to trąbimy. Widzimy znaki na ulicach i stosujemy się do nich, czasem wiemy, że trzeba jechać objazdem, znamy ogólne i szczegółowe zasady poruszania się po drogach różnego typu. Natomiast reguł komunikacji w sytuacjach kryzysowych, jaką jest na przykład czas po amputacji, nie znamy. I obie strony muszą się tego nauczyć.

Tyle się o tym pisze, ja sama od wielu lat pracuję jako psychoonkolog, jestem też terapeutką rodzin i par w kryzysie, a jednak wciąż ludzie przychodzą i zadają te same pytania. Jak rozmawiać, co powiedzieć osobie, która choruje i będzie miała amputację. Odpowiadam, żeby mówić to, co nam przychodzi do głowy. Jeśli już sama nie wiem, co robić, mogę powiedzieć: "Małgosiu, to nie jest tak, że ja ci nie chcę pomóc, ale ja się w tym wszystkim trochę pogubiłam". Język, jakiego używamy ma ogromną siłę.

Czy są jakieś słowa, których warto unikać w takich rozmowach?

Myślę, że są całe frazy, które mogą być trudne. Bo mobilizowanie człowieka do tego, żeby mu się chciało żyć, przez pokazywanie, że świat jest piękny, że on ma dzieci albo może je mieć, że ma rodzinę i przyjaciół, może nie być odpowiednie w takim momencie. Czyli nie chodzi o to, że coś jest dobre albo złe, ale że bywa nieadekwatne do danej sytuacji. Na początku nigdy nie mówię pacjentom, żeby chcieli żyć dla kogoś. Mówię, że teraz jest moment, by się nauczyli tej nowej sytuacji i nabrali sił, by żyć dla siebie. W następnej kolejności będą inni. A tymczasem ludzie najchętniej wspierają, poklepując po ramieniu. Milion razy już mówiłam, żeby się zastanowić, czy tak naprawdę poklepujemy siebie czy tę drugą osobę.

Też chciałabym o to zapytać, dla kogo to robimy.

Bardziej dla siebie. Koimy swoją bezradność. Po tylu latach pracy nie mam problemu, by usiąść z kimś i powiedzieć, że jestem bezradna, co nie oznacza, że nie chcę pomóc. Czasami po prostu potrzeba czasu i wielu rozmów, aby odnaleźć drogę do porozumienia.

Czy możemy pokazywać swoje wzruszenie i bezradność komuś bliskiemu, kto jest po amputacji? Może to jest niepotrzebne?

Niepotrzebne jest mówienie, że wszystko jest w porządku i wszyscy sobie dobrze radzimy. Nie wiem, czy chodzi o to, by razem szlochać, choć czasem pewnie tak, to może być oczyszczające. Ale takie szczere i adekwatne do sytuacji wzruszenie jest budujące.

Dlaczego mówię o tej adekwatności? W mniej dojrzałych relacjach rodzinnych czasem matka, ojciec albo partner zaczynają bardziej płakać nad sobą, a nie nad tym, co się stało z kimś bliskim. Skupiają się nad pytaniem: "Jak mogło mnie to spotkać?". Warto się przyjrzeć, nad czym i nad kim chcemy płakać, bo jak nad sobą, dobrze zrobić to w zaciszu swojego pokoju albo w towarzystwie jeszcze kogoś innego. Jeżeli płaczemy nad kimś nam bliskim, powiedzmy: "Nie zrozum mnie źle, Misiu, ale dla mnie to też jest nowa i trudna sytuacja. Mówię trudna nie dlatego, że chciałabym powiedzieć, że nie damy sobie z tym rady, ale musimy się tego nauczyć". A jeśli nie wiemy, jak wyjaśnić, co się z nami dzieje, dodajmy: "Brakuje mi nawet słów, nie wiem, co powiedzieć, aby cię nie urazić". Albo: "Skarbie, jeśli będę gadał rzeczy, które ci nie odpowiadają, albo będę się tak zachowywał, jakbym cię chciał zagłaskać, to mi to po prostu powiedz, że to już za wiele".

Nazywajmy rzeczy bardziej po ludzku, tak jak naprawdę je czujemy. Pamiętajmy jednak o formie i okolicznościach. Pomagajmy chorym w takim zakresie, w jakim są w stanie tę pomoc przyjąć. Nie możemy chcieć zrobić więcej niż życzy sobie osoba, której pomagamy. Przyglądajmy się potrzebom chorego, ale i swoim możliwościom. I pamiętajmy, że powrót osoby chorej do życia to nierzadko długi i skomplikowany proces.

reportaż | do góry | porada